Trwa VIII Tydzień Wychowania…
Kościół chce nas w ten sposób uwrażliwić na palący problem dobrego wychowania młodego pokolenia i przekazani mu wartości opartych o Ewangelię. Spoglądamy w tym czasie szczególnie na św. Stanisława Kostkę, który jest patronem tego tygodnia, ale przede wszystkim Patronem Polski i dzieci i młodzieży… Naszą modlitwą obejmijmy dzieci i młodzież, ale także rodziców, katechetów, nauczycieli i wychowawców. Niech ta intencja będzie ciągle w naszym sercu.

Poniżej zamieszczamy Konferencję dla rodziców, duszpasterzy i wychowawców, przygotowaną na ten szczególny Tydzień przez ks. Marka Studenskiego, wikariusza generalnego diecezji bielsko-żywieckiej. Wcześniej ks. Marek był wieloletnim wizytatorem katechizacji i dyrektorem wydziału katechetycznego.

Wychowanie 1

– „To jest lekarz z powołania”. – „Lubię do nich przychodzić, są szczęśliwą rodziną”. -„Gdybym nie spotkał tego księdza, nie poradziłbym sobie z tym, co przeżywam”. – „Chyba Pan Bóg postawił siostrę na mojej drodze”. Słowa te wyrażają odczucia osób, które spotkały kogoś, kto odkrył w życiu drogę, na której jest szczęśliwy i tym szczęściem promieniuje na innych.

Rozeznanie powołania to jedno z najważniejszych, o ile nie najważniej­sze, zadanie, jakie człowiek ma do spełnienia w życiu. Zdarza się jednak, że wybór drogi życia i jej rozeznawanie nie jest przeżywane z należną uwagą i zaangażowaniem. Tegoroczni maturzyści w jednej ze szkół, zapytani o plany na przyszłość, odpowiedzieli – „Zobaczymy, zdamy maturę i coś wybie­rzemy”.

Max Lucado, amerykański pisarz, ewangelizator i terapeuta przypomina, że Bóg wobec każdego człowieka ma konkretny plan i każdemu wyznacza jakiś cel. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku bohaterów Starego i Nowego Testamentu, Bóg mówi do nas na różne sposoby, pragnąc żebyśmy rozeznali Jego wolę względem nas. Autor wyraża zdziwienie, że tak wielu ludzi nie przywiązuje wagi do wsłuchiwania się w ten głos. Wspominając swoje doświadczenie związane ze zgubieniem na lotnisku walizki, zauważa, że człowiek, który pomylił swój bagaż, nie zadowoli się tym, że ma jakąś walizkę, ale będzie szukał tak długo, aż odnajdzie swój własny bagaż: „Kiedyś przydarzyło mi się to na lotnisku. Przez pomyłkę zabrałem nie swój bagaż. Ta sama wielkość, kolor, materiał. Uradowany, że tak szybko wynurzyła się z czeluści, porwałem walizkę z karuzeli bagażowej i pojechałem do hotelu. Zaraz po otwarciu zorientowałem się, że doszło do pomyłki! Wszystko było innej wielkości, innego koloru i rodzaju! (Nie wspominając o tym, że moje spodnie chyba nie pasowałyby do zestawu z wysokimi obcasami!). Cóż robić w takiej sytuacji? Możesz sobie radzić z tym, co znalazłeś w nie swojej walizce. Wcisnąć się jakoś w obcisłe dżinsy, ozdobić się męską lub damską biżuterią i udać się na umówione spotkanie. Ale doprawdy, zrobiłbyś tak? No chyba, że groziłaby ci utrata pracy albo więzienie! Nie, normalny człowiek w takiej sytuacji rozpoczyna polowanie, by odzyskać swój bagaż. Dzwoni do linii lotniczych, radio taxi, hoteli, FBI, prywatnych detektywów, gdziekolwiek! Wszystkie możliwe sposoby są dobre, by odnaleźć tę osobę, która właśnie szuka swojego bagażu, zastanawiając się, co za ptasi móżdżek, za przeproszeniem, zabrał walizkę, nie sprawdzając przyczepionego identyfikatora. Nikt nie ma zamiaru korzystać z rzeczy wyciągniętych z cudzej walizki. Dlaczego więc mielibyśmy tak postępować w życiu?

Jak odkryć swoje własne powołanie, drogę, na którą wzywa nas Bóg, Jego pomysł na nasze życie?
„Młodzież, wiara, rozeznanie powołania” to temat XV Zwyczajnego Zgromadzenia Synodu Biskupów, które rozpocznie się za miesiąc w Rzymie. Autorzy dokumentu przygotowującego nas do owocnego przeżycia synodu, chcą się skupić „na rozeznaniu powołania, czyli procesie, w którym dana osoba dojrzewa do podjęcia w dialogu z Bogiem i słuchając głosu Ducha Świętego, podstawowych decyzji, począwszy od tej dotyczącej stanu życia. Jeśli pytanie, jak nie zmarnować szansy na samorealizację dotyczy wszystkich mężczyzn i kobiet, to dla osoby wierzącej staje się ono jeszcze bardziej intensywne i głębokie. Jak żyć dobrą nowiną Ewangelii i odpowiedzieć na wezwanie, które Bóg kieruje do każdego, kogo spotyka: poprzez małżeństwo, posługę święceń, życie konsekrowane?”

Nie ma wątpliwości, że rozeznawanie powołania nigdy nie było łatwym procesem. Dokument stwierdza: „Życie i historia uczy nas, że człowiekowi nie zawsze łatwo rozpoznać konkretną formę tej radości, do jakiej powołuje go Bóg i do której składnia się jego pragnienie, a tym mniej teraz, w sytuacji przemian i powszechnej niepewności. W innych czasach człowiek miał do czynienia ze zniechęceniem lub siłą innych przywiązań, które powstrzymywały go na jego drodze ku pełni: to doświadczenie wielu, jak na przykład młodzieńca, który miał zbyt wiele bogactw, aby mógł być wolnym na przyjęcie powołania Jezusa i dlatego odszedł smutny, a nie pełen radości (por. Mk 10,17-22)”.

Głos powołania trzeba najpierw usłyszeć. W tegorocznym Liście Pasterskim z okazji VIII Tygodnia Wychowania biskupi polscy przypomnieli słowa papieża Benedykta XVI, który napisał, że „kompasem” umożli­wiającym obranie w życiu właściwego kierunku jest Pismo Święte: „W młodości pojawiają się nieodparte i szczere pytania na temat sensu własnego życia i tego, jaki kierunek nadać swojej egzystencji. Na te pytania tylko Bóg potrafi dać prawdziwą odpowiedź. (…) Powinniśmy pomóc młodym ludziom w poznawaniu Pisma świętego i bliskim obcowaniu z nim, aby było niczym kompas wskazujący drogę, którą należy iść” (Benedykt XVI, Adhortacja apostolska Verbum Domini 104).

Autor Psalmu 119 prosi Pana, by mógł iść przez życie drogą wskazaną przez Boga. Światłem, które nie pozwala pomylić tej drogi z innymi ścieżkami jest Słowo Boże: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119,105).
Przywołany już wcześniej autor, Max Lucado przytacza przykład króla Dawida, który przed każdą ważną decyzją „radził się Pana”. Słowa te jak refren poprzedzają zwroty akcji w biblijnym przekazie: „Kiedy musiał po raz pierwszy zmierzyć się z Filistynami na pustyni, radził się Dawid Pana (1 Sm 23,2). Kiedy ogarnął go lęk przed potęgą przeciwnika, radził się Dawid Pana (23,4). Kiedy zaatakowali go Amalekici, radził się Dawid Pana (30,8). Zastanawiając się, co robić po śmierci Saula, radził się Dawid Pana (2 Sm 2,1). Kiedy został królem i zaczęli go ścigać Filistyni, radził się Dawid Pana (5,19). Dawid zadał im klęskę, Filistyni puścili jeszcze jeden atak i wówczas znowu Dawid radził się Pana (5,23). Dawid zawsze korzystał z gorącej linii do Boga”. Zdarzyło się jednak, że Dawid nie poradził się Pana, co stało się przyczyną jego życiowych błędów.  Aby żyć Słowem Pana, trzeba mieć z nim kontakt. Ktoś powiedział: „Pokaż mi swą Biblię, a powiem ci, jakim jesteś chrześcijaninem”. I bynajmniej nie chodzi o to, żeby posiadany przez nas egzemplarz Pisma Świętego był zadbany i czysty. Dobre świadectwo o nas wyda zużyta i sfatygowana Biblia. Prawdopodobnie niektóre miejsca w takim egzemplarzu Pisma Świętego będą szczególnie przyniszczone ze względu na to, że zawierają nasze ulubione fragmenty.

Ważnym miejscem spotkania ze Słowem Bożym jest liturgia Mszy św. Obecność na Eucharystii za każdym razem zapewnia nam kontakt z Biblią. Tymczasem zdarza się, prawdopodobnie dość często, że gdy lektor lub kapłan zaczynają czytać Słowo Boże, wyłączamy uwagę, a nasze myśli wędrują w zu­pełnie inne miejsca. Jeden z kleryków opowiadał, że w czasie wakacyjnego pobytu w swojej parafii odczytywał na Mszy św. przypadający na ten dzień fragment listu św. Pawła. Zagapił się i przez pomyłkę przeczytał po raz drugi tekst pierwszego czytania, które co dopiero wybrzmiało w kościele. Po powrocie do zakrystii, a później do domu, obawiał się reakcji lektorów, kościelnego, rodziców. Okazało się jednak, że nikt z nich nie zauważył tego błędu. Uczestniczyli we Mszy Św., ale nie mieli pojęcia o tym, że powtórzono na niej ten sam fragment Biblii. Ile dobrych natchnień ominęło nas z powodu braku uważności na Słowo Boże…

Coraz więcej rodzin żyjących na serio wiarą, stara się zapewnić dzieciom od wczesnych lat życia spotkania z Pismem Świętym. Jedna z francuskich katechetek opisując realizowany przez jej wspólnotę program wychowujący dzieci do owocnego spotkania ze Słowem Bożym zauważyła, że pierwszym nieodzownym krokiem w tym kierunku jest znalezienie metody zapobiegają­cej współczesnej mentalności, którą określiła jako „kulturę natychmiasto­wych spełnień”. Dziecko otrzymuje wszystko, czego pragnie i nie ma szans, żeby za czymkolwiek zatęsknić. Dziecięce serce jest stale zablokowane. Jeżeli tylko pojawi się w nim jakieś pragnienie, rodzice są gotowi natychmiast je spełnić. Zainteresowanie Słowem Bożym przegrywa z wielobarwnymi ofertami świata. Trzeba więc najpierw wzbudzić w dziecięcym sercu głód Słowa. W czasach proroka Amosa, gdy ustało niebezpieczeństwo ze strony Syrii i Izraelici cieszyli się dobrobytem, wielu z nich zaczęło prowadzić beztroski i rozwiązły tryb życia. Wtedy Bóg skierował do nich poprzez swego proroka zapowiedź: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich” (Am 8,1). Program stosowany przez wspomnianą katechetkę zakłada długi okres poprzedzający wspólną rodzinną lekturę Biblii. Dzieci słyszą od swych rodziców, że w rodzinie zostanie podjęta nowa praktyka. Po jakimś czasie pojawia się stół nakryty białym obrusem, ustawia się na nim świece. Po kilku dniach w uroczysty sposób wnosi się Pismo Święte, które na razie zostaje położone na przygotowanym stole. Z relacji katechetki wynika­ło, że dzieci najczęściej nie mogą się już doczekać, kiedy zaczną wraz z rodzi­cami poznawać, co kryje się w tej Księdze, otaczanej tak wielkim szacunkiem. Gdy wreszcie nadchodzi czas lektury Słowa Bożego, rodzice odczytują dzieciom wybrane fragmenty i opatrują je komentarzami przygotowanymi przez autorów programu.

 Bóg mówi do nas również przez naszych bliźnich: „Szczególnym znakiem działania Bożego jest dla nas drugi człowiek, ponieważ on ze wszystkich stworzeń jest najbardziej podobny do Stwórcy. Bogu jest łatwiej dotrzeć do człowieka, posługując się jego bliźnim” – przypomina znany autor i kierow­nik duchowy, o. Józef Augustyn. Rodzice powinni pamiętać, że to oni są dla swych dzieci świadkami wartości, które później stają się znakami na drogach ich życiowych wyborów. Jeden z księży komentując fragment Ewangelii: „Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn…” (Mt 11,27) stwierdził: „Rozu­miem te słowa, bo wiem, jaka relacja łączy mnie z moim ojcem. Nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on”. Rzeczywiście, gdy odwiedza się rodzinę tego księ­dza, od razu można zauważyć wyjątkową więź, jaka łączy go z ojcem.

Wychowawcy muszą wiedzieć, że każde ich słowo, gest, każda reakcja mogą być dla dzieci pomocą lub przeszkodą w odkrywaniu życiowej drogi: „Biskup Fulton Sheen opowiedział kiedyś historię o dwóch ministrantach służących do Mszy św. Jeden z nich zrobił coś głupiego, więc ksiądz odwrócił się i powiedział: Wyjdź stąd i nigdy nie wracaj. Ten młody chłopiec nie wrócił już nigdy. Miał na imię Tito i był później znanym przywódcą Jugosławii; jakaż wielka to była strata dla Kościoła. Drugi ministrant mieszkał w Stanach Zjednoczonych, w Peorii, i pewnego razu służył do Mszy św. odprawianej przez biskupa w katedrze. Ten biedny dzieciak upuścił kielich z winem pod­czas Ofiarowania. Sheen dodał, że dźwięk kryształowego kielicha rozbijają­cego się o marmurowy ołtarz można porównać jedynie z eksplozją atomową. Biskup pomógł chłopcu posprzątać i dokończył odprawianie Mszy św. Później powiedział: Myślałeś kiedyś o tym, by zostać księdzem? Chłopiec odparł: tak. – Zatem uważam, że zostaniesz księdzem i pewnego dnia będziesz studiował w Louvain. Kiedy chłopiec wrócił do domu i opowiedział wszystko matce, ta powiedziała mu, że Louvain to uniwersytet katolicki w Belgii. Ostatecznie John Fulton Sheen ukończył seminarium w Louvain, został biskupem, a w końcu arcybiskupem”.

Młody ojciec trójki dzieci, żyjący ze swą żoną w kochającym się mał­żeństwie stwierdza: „Było nas w domu pięcioro. Rodzice dali nam tak piękne świadectwo miłości małżeńskiej i stworzyli nam taki dom, że od dziecka pragnąłem pójść w ich ślady i założyć szczęśliwą rodzinę”.

Dokument przygotowawczy najbliższego synodu biskupów na podstawie fragmentów Ewangelii ukazujących spotkania Jezusa z ludźmi Jego czasów wymienia cechy, jakimi powinna charakteryzować się osoba towarzysząca młodym w procesie rozeznawania przez nich powołania. Są to: spojrzenie pełne miłości (powołanie pierwszych uczniów, zob. J 1,35-51); słowo pełne mocy (nauczanie w synagodze w Kafarnaum, por. Łk 4,32); zdolność by „stać się bliźnim” (przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, por. Łk 10, 25-37); decyzja „towarzyszenia w drodze” (uczniowie z Emaus, por. Łk 24,13-35); świadectwo autentyczności, nie lękając się, by działać wbrew najbardziej rozpowszechnionym uprzedzeniom (obmycie stóp podczas Ostatniej Wieczerzy, por. J 13,1-20).

Mówiąc o swej drodze do kapłaństwa, Jan Paweł II wspomina: Kiedy byłem w gimnazjum, Książę Adam Stefan Sapieha, Arcybiskup Metropolita Krakowski wizytował naszą parafię w Wadowicach. Mój katecheta, ks. Edward Zacher, zlecił mi zadanie przywitania Księcia Metropolity. Miałem więc po raz pierwszy w życiu sposobność, ażeby stanąć przed tym człowie­kiem, którego wszyscy otaczali wielką czcią. Wiem też, że po moim przemó­wieniu Arcybiskup zapytał katechetę, na jaki kierunek studiów wybieram się po maturze. Ks. Zacher odpowiedział: Idzie na polonistykę. Na co Arcybiskup miał powiedzieć: Szkoda, że nie na teologię”.

We wspomnieniach Papieża pojawia się postać arcybiskupa Adama Stefana Sapiehy, który miał intuicję co do jego przyszłości, pomimo tego, że usłyszał o zamiarze studiowania filologii polskiej oraz osoba katechety- ks. Edwarda Zachera. Wiemy jednak, że w procesie rozeznawania powołania towarzyszyło Ojcu Świętemu jeszcze wiele innych osób: „Mówiłem szeroko o środowisku seminaryjnym, ponieważ z pewnością miało ono szeroki wpływ na moją formację kapłańską. Widzę jednak jasno, że Bóg pozwolił mi wsłuchiwać się w Jego głos również dzięki szczególnemu udziałowi wielu innych środowisk i osób”. Kim były te osoby?

WYCHOWANIE JEST STAWANIEM SIE CZLOWIEKA CORAZ BARDZIEJ CZLOWIEKIEM

– Jan Paweł II pisze: „Moje przygotowanie seminaryjne do kapłaństwa zostało poniekąd zaantycypowane, uprzedzone. W jakimś sensie przyczynili się do tego moi Rodzice w domu rodzinnym, a zwłaszcza mój Ojciec, który wcześnie owdowiał. Matkę straciłem jeszcze przed Pierwszą Komunią św. w wieku 9 lat i dlatego mniej ją pamiętam i mniej jestem świadom jej wkładu w moje wychowanie religijne, a był on z pewnością bardzo duży. Po jej śmierci, a następnie po śmierci mojego starszego Brata, zostaliśmy we dwójkę z Ojcem. Mogłem na co dzień obserwować jego życie, które było życiem surowym. Z zawodu był wojskowym, a kiedy owdowiał, stało się ono jeszcze bardziej życiem ciągłej modlitwy. Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mojego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym. Nigdy nie mówiliśmy z sobą o powołaniu kapłańskim, ale ten przykład mojego Ojca był jakimś pierwszym domowym seminarium”.
– „Tak więc, na przykład, przydzielono mnie do pomocy tak zwanemu strzałowemu. Nazywał się on Franciszek Łabuś. Wspominam go dlatego, że nieraz tak się do mnie odzywał: Karolu, wy to byście poszli na księdza. Dobrze byście śpiewali, bo macie ładny głos i byłoby wam dobrze… Mówił to z całą poczciwością, dając wyraz dość rozpowszechnionym w społeczeństwie poglądom na temat stanu kapłańskiego. Te słowa starego robotnika zachowały się w mojej pamięci”.
– „W tamtym okresie pozostawałem w kontakcie z teatrem słowa, który stworzył Mieczysław Kotlarczyk i był jego animatorem w konspiracji. Początki tego teatru wiążą się z moim mieszkaniem, do którego Kotlarczyk wraz z żoną Zofią wprowadził się po przedarciu się z Wadowic do Generalnej Guberni. Mieszkaliśmy razem: ja jako pracownik fizyczny i on także zatrudniony po­czątkowo jako tramwajarz, a potem jako urzędnik w jakimś biurze. Mieszka­jąc razem mogliśmy kontynuować nie tylko nasze rozmowy o teatrze, ale także konkretne realizacje, które przybrały właśnie charakter teatru słowa. Był to teatr bardzo prosty. Strona dekoracyjna i widowiskowa była zreduko­wana do minimum, natomiast wszystko koncentrowało się na recytacji poetyckiego tekstu”.
– „W parafii była osoba wyjątkowa: chodzi tu o Jana Tyranowskiego. Był on z zawodu urzędnikiem, chociaż wybrał pracę w zakładzie krawieckim swojego ojca. (…) Był człowiekiem niezwykle głębokiej duchowości. (…) Od niego nauczyłem się między innymi elementarnych metod pracy nad sobą, które wyprzedziły to, co potem znalazłem w seminarium. Tyranowski, który sam kształtował się na dziełach św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa, wprowadził mnie po raz pierwszy w te niezwykłe, jak na mój ówczes­ny wiek, lektury”.

Zastanawiając się nad dwudziestosiedmioletnim pontyfikatem Papieża Polaka i podziwiając bogactwo jego osobowości oraz styl, w jakim kierował Kościołem i oddziaływał na wiernych całego świata, także na młodzież wszystkich kontynentów, nie można nie zauważyć ludzi, których Bóg postawił na jego drodze. Dzieje powołania św. Jana Pawła II pokazują, jak ważne jest towarzyszenie młodym w rozeznawaniu drogi.
Towarzyszenie dziecku w odkrywaniu powołania nie zawsze jest łatwe. Przykładem może tu być piękna, ale bardzo trudna historia św. Stanisława Kostki. Rodzice wysłali go wraz z bratem Pawłem do Wiednia, by kontynu­ował tam naukę w słynnym kolegium jezuickim. Kiedy jednak syn odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego i zapragnął wstąpić do zakonu jezuitów, rodzice nie wyrazili na to zgody, gdyż przewidzieli dla niego karierę w tym świecie. Z listu, który ojciec św. Stanisława, szlachcic Jan Kostka, kasztelan zakroczymski wysłał do Wiednia wynika, że „nosił on w sobie ducha rycerskiego przodków i chciał go przeszczepić w swych synów. (…) Myślał o wielkiej karierze dla synów, do tego ich sposobił i w tym celu wysłał ich na studia do Wiednia, aby wróciwszy zajęli godne miejsce w Polsce, a może i w Kościele. Nie godził się jednak, by Stanisław pozostał zakonnikiem”. Jak wiadomo św. Stanisław zdecydował się na ucieczkę, którą zakończył w domu Towarzystwa Jezusowego w Rzymie. Szedł pieszo przez Augsburg, Dylingę, Trydent, Padwę, Bolonię, Florencję. Paradoks polegał na tym, że w domu Kostków panowała atmosfera głębokiej religijności, która prawdopodobnie wpłynęła na wybór drogi życia św. Stanisława. Rodzicom zabrakło jednak wielkoduszności, by zaakceptować decyzję syna.

Trzeba pamiętać, że towarzyszenie młodemu człowiekowi w rozezna­waniu powołania nie polega na prowadzeniu go za rękę. Zdarza się, że nadopiekuńczy rodzice mają pokusę, żeby wyręczać dziecko w podejmowaniu decyzji, a potem wkroczyć wraz z nim w dorosłe życie. Do wielu kryzy­sów małżeńskich przyczyniła się postawa ojców i matek, którzy nie potrafili się zatrzymać i działając być może nawet w dobrej wierze, nie pozwolili swemu dziecku na rozwinięcie samodzielności. Przychodzi tu na myśl historia Mojżesza, który przez czterdzieści lat prowadził Izraelitów przez pustynię, nie mógł jednak wraz z nim wejść do Ziemi Obiecanej. Cel wędrów­ki zobaczył jedynie z góry Nebo, ciesząc się ze szczęścia swojego ludu: „Mojżesz wstąpił ze stepów Moabu na górę Nebo, na szczyt Pisga, naprzeciw Jerycha. (…) Rzekł Pan do niego: Oto kraj, który poprzysiągłem Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi tymi słowami: Dam go twemu potomstwu. Dałem ci go zobaczyć własnymi oczami, lecz tam nie wejdziesz” (Pwt 34,1-4).

Bóg przemawia do nas przez świat i wydarzenia, w których uczestni­czymy. Świat mówi nam przede wszystkim o tym, że Bóg istnieje i że nas kocha: „Głupi z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga; z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła, nie poznali Twórcy (…) Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę. (…) jeśli się bowiem zdobyli na tyle wiedzy, by móc ogarnąć wszechświat – jakże nie znaleźli rychlej jego Władcy?” (Mdr 13, 1.5.9). Przychodzą tu na myśl słowa piosenki Skaldów: „Lampa nad progiem i krzesło, i drzwi – wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”.

Warto wzbudzać w sercach dzieci podziw i wdzięczność Bogu za piękny świat. Okazją do tego mogą być spacery, wakacyjne wędrówki, wspólne uprawianie sportu. Może właśnie w ten sposób Bóg dotrze do nich, obja­wiając im swoje zamiary. Bóg mówi do nas przez świat – przez piękno natury, zjawiska przyrodnicze, a także przez przeczytane książki, malarstwo, filmy, audycje radiowe, strony internetowe – to wszystko może być dla nas znakiem.
Pewien misjonarz, opowiadając o swym powołaniu misyjnym, wyznał, że pewnego dnia wszedł do jednego z warszawskich kościołów na chwilę cichej modlitwy. W tym samym czasie do świątyni weszła grupa osób z Brazylii. Zrozumiał, że rozmawiają o tym, że w ich kraju brakuje księży. Odczuł, że to nie przypadek, że właśnie on był w tym kościele i usłyszał te słowa. Odczytał to jako znak. Dziś od wielu już lat posługuje na misjach i jest w swym kapłaństwie bardzo szczęśliwy.
Siostra zakonna, wychowująca się w kraju, który stanowił republikę byłego Związku Radzieckiego w dzieciństwie nie słyszała w ogóle o Bogu. Jej ojciec był artystą malarzem. W domu, dzięki licznym albumom z obraza­mi, stanowiącymi własność jej taty, miała okazję zapoznać się z malarstwem europejskim. W pewnym momencie zainteresowała się obrazami z wize­runkami Jezusa – dziś jest zakonnicą…

Bardzo ciekawa jest historia nawrócenia św. Augustyna mówiąca o odczytaniu drogi życia w Słowie Bożym. Znakiem prowadzącym do niego było – zdawałoby się – prozaiczne wydarzenie, w którym można było nie doszukać się niczego nadzwyczajnego. Była to piosenka małego dziecka. Pewnego razu, będąc w ogrodzie, Augustyn usłyszał, jak dziecko śpiewało piosenkę, której refren brzmiał: „Tolle et lege” czyli „Weź to i czytaj”. Słyszał tę piosenkę po raz pierwszy w życiu i nagle otrzymał natchnienie, że ma otworzyć książkę i odczytać ten rozdział, na który natrafi. Przypomniał sobie historię św. Antoniego, który usłyszawszy przypadkowo w kościele słowa Ewangelii „Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie”, wziął je sobie do serca i postanowił zrealizować. Pierwszą księgą, którą znalazł Augustyn była Biblia: „Chwyciłem książkę, otworzyłem i czytałem w milczeniu słowa, na które najpierw padł mój wzrok: …nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście i rozwiązłości, nie w zwadzie i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa, a nie ulegajcie staraniom o ciało i jego pożądliwości (Rz 13,13-14). Ani nie chciałem więcej czytać, ani nie było to potrzebne. Ledwie doczytałem tych słów, stało się tak, jakby do mego serca spłynęło strumieniem światło ufności, przed którym cała ciemność wątpienia natychmiast się rozproszyła. Zaznaczywszy to miejsce palcem — czy jakimś innym znakiem, nie pamiętam — zamknąłem książkę i już ze spokojną twarzą powiedziałem Alipiuszowi, co się stało. Alipiusz mi z kolei opowiedział, co on odczuwał; ja sobie z tego nie zdawałem sprawy. Chciał też zobaczyć, co przeczytałem w książce. Pokazałem mu, a on odczytał jeszcze dalszy ciąg tekstu. Ja nie wiedziałem, co tam było dalej. Padały tam słowa: A słabego w wierze przyjmujcie (Rz 14,1). To Alipiusz odniósł, jak mi wyjaśnił, do siebie. Takie zaś upomnienie wystarczyło, aby go wewnętrznie umocnić. Nie przechodząc przez żaden zamęt wątpliwości, Alipiusz moje postanowienia i zamiary uznał za swoje. Doskonale się one zgadzały z jego obyczajami, jakimi już od dawna niezmiernie górował nade mną. Zaraz potem idziemy do mojej matki. Mówimy, co się dzieje. Jej radość! Opowiadamy, jak to się stało. Jakże cieszy się, jak triumfuje! Błogosławiła Ciebie, któryś mocen jest uczynić daleko więcej niż to, o co prosimy. Bo widziała, że o wiele obfitszej udzieliłeś łaski, niż ona kiedykolwiek śmiała w mojej intencji prosić, płacząc gorzkimi łzami”.

W procesie odkrywania Bożego wezwania przez św. Augustyna, obok Słowa Bożego i otwarcia się na znak dany przez Boga, istotną rolę odegrał jeszcze jeden ważny czynnik – modlitwa – w tym przypadku była to modlitwa jego matki, św. Moniki. Widząc tę modlitwę połączoną z ofiarą cierpienia, św. Ambroży, biskup Mediolanu powiedział kiedyś: Nie może się nie na wrócić syn takich łez.
Autorzy dokumentu przygotowawczego XV Synodu Biskupów zwracają uwagę, że warunkiem skutecznego rozeznania jest wyciszenie i modlitwa. Wyciszenie należy rozumieć szerzej – również jako zdystansowanie się od nadmiaru treści, których dostarczają nam media elektroniczne: „Nie ma rozeznania bez kultywowania zażyłości z Panem i dialogu z Jego Słowem. Zwłaszcza cenną metodą jest Lectio Divina, którą przekazuje nam tradycja Kościoła. W społeczeństwie coraz bardziej hałaśliwym, oferującym nadmiar bodźców, podstawowym celem młodzieżowego duszpasterstwa powołaniowego jest stwarzanie okazji, by zasmakować wartości milczenia i kontempla­cji oraz formacji do odczytania na nowo swoich doświadczeń i słuchania sumienia”.

Mówiąc o odkrywaniu Bożych znaków w świecie warto wziąć sobie do serca przestrogę o. Józefa Augustyna: „Trzeba nam jednak strzec się pewnego prymitywizmu w interpretacji zjawisk cywilizacyjnych jako znaków woli Bożej. Prymitywizm ten wyraża się głównie w utożsamianiu naszych przeżyć i emo­cjonalnych doznań związanych z poznawaniem świata z bezpośrednim działaniem Boga. Nasz ogląd świata, nawet jeżeli jesteśmy bardzo religijni, nie utożsami się z Bożym poznaniem. Myśli moje nie są myślami waszymi – mówi Bóg przez Proroka Izajasza (Iz 55,8). Doznania estetyczne i przeżycia emocjonal­ne mogą naprowadzać nas na doświadczenie działania Bożego, ale nie są z nimi identyczne”.

Wspomniany Autor zwraca też uwagę, że „same zewnętrzne znaki, nawet gdyby były bardzo wyraźne, nie mogą być nigdy jedynym i ostatecznym kryterium szukania, znajdowania i pełnienia woli Bożej. Rola znaków zewnętrznych polega przede wszystkim na naprowadzaniu człowieka na odkrycie znaków wewnętrznych – duchowych natchnień, poprzez które Pan zaprasza nas do pełnienia Jego woli”.
Przykładem może tu być historia uczniów idących do Emaus. Dany im został znak – przyłącza się do nich tajemniczy Wędrowiec, z którym prowadzą rozmowę, nie rozpoznając jednak kto jest ich Towarzyszem drogi. Dopiero, gdy zniknął On sprzed ich oczu, zaczęli się zastanawiać: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,32). „Pałające serce to znak Bożego natchnienia, znak działania w uczniach Ducha Świętego”.

Św. Paweł pisze w Liście do Filipian: „Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą” (Flp 2, 13). Warto wsłuchiwać się w swoje wewnętrzne pragnienia. Odwołajmy się jeszcze raz do refleksji o. Józefa Augustyna: „Choć natchnienia wewnętrzne są zmieszane z ludzkimi potrzebami, odczuciami, lękami czy zranieniami, to jednak ostatecznie zawsze je przerastają. Człowiek wewnętrznie pociągany przez Boga intuicyjnie czuje, że jego pragnienia nie pochodzą od niego, ale są łaską, darem i pozostają niezależne od jego ludzkiej woli. Bywa nawet, że budzą się one w nas wbrew naszej woli”.

Nie ma piękniejszej misji, czekającej na podjęcie przez Rodziców, dusz­pasterzy i wychowawców niż towarzyszenie wychowankom na każdym z trzech etapów rozeznawania drogi życia, o których mówi wspomniany doku­ment przedsynodalny. Trzeba być z wychowankiem, gdy rozpoznaje Boże wezwanie, gdy stara się zinterpretować odczytane znaki (pragnąc zrozumieć do czego wzywa go Duch Święty) i trzeba mu towarzyszyć, kiedy podejmuje decyzję, bo to wymaga odwagi: „wybór nie może być uwięziony we wnętrzu, co grozi, iż pozostanie wirtualnym lub niezdecydowanym – chodzi o niebezpie­czeństwo uwypuklone we współczesnej kulturze – ale musi przełożyć się na działania, na realizację, aby rozpocząć drogę, akceptując ryzyko zmierzenia się z tą rzeczywistością, która wprawiła w ruch pragnienia i emocje”.
Autorzy dokumentu wspominają, że Maryja rozeznając przed Bogiem swą drogę „nie czuła się samotna, ale w pełni kochana i wspierana przez Nie bój się anioła”. Czy powierzone naszej wychowawczej trosce dzieci i młodzież rozeznające swe życiowe drogi mogą liczyć na nasze wsparcie?

kostka